Nie zaczynaj od słów "Nie nadaję się". Słowa "To nie dla mnie" też są do zakwestionowania. :) Najpierw warto spróbować. Takimi afirmacjami się bardzo blokujesz. Nie mówię tu o psie, bo to jest jeden z aspektów sprawy, ale tak ogółem. Nie wiesz, czy polubiłabyś pracę stacjonarną, bo nie próbowałaś. :) -- (Pati98): To raczej nie dla mnie. Zba duża odpowiedzialność. Właśniie tego bym się obawiała, że zmarnowałabym potencjał takiego psa. Ostatnio sporo o tym słyszałam i to prawda, że pies ommija przeszkody, ale nadal trzeba mieć bardzo dobrą orientację przestrzenną, a mnie jej zdecydowanie brakuje. Podobno z takim psem trzeeba ciągle ćwiczyć, a ja się raczej do tego nie nadaję. Owszem kocham spacery, ale to nie znaczy, że chciałabym pracować stacjonarnie i spędzać całe dnie wśród ludzi, więc uważam, że to dobrze, że nie każdemu dają psa.że pies przewodnik dobrze na takie poczucie bycia w centrum uwagi robi. Zamiast gapić się na ślepego, jeden z drugim raczej zwróci uwagę na psa, bo przecież ah, jaki to piękny i mądry piesek. Przy okazji będzie sobie szedł omijając przeszkody i na spacery to raczej wydaje się spoko pomysł. Problem w tym widzę jeden. Nie wiem jak teraz, ale swego czasu te różne fundacje od psów przewodników chętniej przyznawały je ludziom, którzy już mieszkają samodzielnie i mają pracę stacjonarną. Wzięło się to z tego, że często brano psa, który przewodnikiem to był ewentualnie czasami, bo człowiek mieszkał sobie z rodziną i wychodził z domu od wielkiego dzwonu, ewentualnie niemal zawsze z kimś, a pies to był tak na wszelki wypadek. Niby nic w tym złego, ale psów to jest raczej deficyt i problem polega na tym, że jest dużo mniej psów niż chętnych na nie, więc trzeba wybrać, komu dać, komu nie dać. -- --
Zresztą masz chyba za duże skrupuły. Wielu by wzięło, "bo można", nie zastanawiając się nawet. Znam taki przypadek, że pies został oddany czy nawet odebrany, bo już po czasie się nagle okazało, że ojejciu, jej, nie ma jak utrzymać...
No i co, i to jest odpowiedzialne? Ja Ci Julito powiem tak. Jak ktoś kocha zwierzęta, nie traktuje ich przedmiotowo, to właśnie się będzie zastanawiał i ważył w głowie tym dłużej, czy to dobry pomysł. Koleżanka sama gdzieś pisała, że ma w domu psa, więc wnioskuję, że wie, z czym to się je.
Owszem, pracy stacjonarnej nie próbowałam, ale wiem, że nie lubie przebywać zbyt długo wśród ludzi. Poza tym to raczej nie dałoby mi poczucia wolności i niezależności, bo musiałabym tam chodzić bez względu na to, czy bym chciała, czy nie. Myślę, że możliwość dysponowania swoim czasem wedle własnego uznania to coś, co ma dla mnie ogromne znaczenie. W dodatku raczej trudno byłoby znaleźć coś, co by mi pasowało, a napewno nie chciałabym być masażystką, ani wykonywać innego zawodu, w których zwykle pracują osoby niewidome. Tak więc jeśli chodzi o pracę, to wolę pozostać przy opcjach zdalnych. Na szczęście niedawno udało mi się taką znaleźć i jest fajnie. -- (Julitka): Nie zaczynaj od słów "Nie nadaję się". Słowa "To nie dla mnie" też są do zakwestionowania. :) Najpierw warto spróbować. Takimi afirmacjami się bardzo blokujesz. Nie mówię tu o psie, bo to jest jeden z aspektów sprawy, ale tak ogółem. Nie wiesz, czy polubiłabyś pracę stacjonarną, bo nie próbowałaś. :) -- (Pati98): To raczej nie dla mnie. Zba duża odpowiedzialność. Właśniie tego bym się obawiała, że zmarnowałabym potencjał takiego psa. Ostatnio sporo o tym słyszałam i to prawda, że pies ommija przeszkody, ale nadal trzeba mieć bardzo dobrą orientację przestrzenną, a mnie jej zdecydowanie brakuje. Podobno z takim psem trzeeba ciągle ćwiczyć, a ja się raczej do tego nie nadaję. Owszem kocham spacery, ale to nie znaczy, że chciałabym pracować stacjonarnie i spędzać całe dnie wśród ludzi, więc uważam, że to dobrze, że nie każdemu dają psa.że pies przewodnik dobrze na takie poczucie bycia w centrum uwagi robi. Zamiast gapić się na ślepego, jeden z drugim raczej zwróci uwagę na psa, bo przecież ah, jaki to piękny i mądry piesek. Przy okazji będzie sobie szedł omijając przeszkody i na spacery to raczej wydaje się spoko pomysł. Problem w tym widzę jeden. Nie wiem jak teraz, ale swego czasu te różne fundacje od psów przewodników chętniej przyznawały je ludziom, którzy już mieszkają samodzielnie i mają pracę stacjonarną. Wzięło się to z tego, że często brano psa, który przewodnikiem to był ewentualnie czasami, bo człowiek mieszkał sobie z rodziną i wychodził z domu od wielkiego dzwonu, ewentualnie niemal zawsze z kimś, a pies to był tak na wszelki wypadek. Niby nic w tym złego, ale psów to jest raczej deficyt i problem polega na tym, że jest dużo mniej psów niż chętnych na nie, więc trzeba wybrać, komu dać, komu nie dać. -- -- --
Niemniej, praca zdalna to też forma swego rodzaju ubezwłasnowolnienia, jeśli mogę się tak wyrazić. Też musisz wykonywać określone czynności, w określonym czasie, na określonych warunkach i w określony sposób. Jeśli mówisz o pełnej niezależności i wolności, musiała byś nie martwić się o jutro, mieć kilka/ kilkanaście albo i kilkadziesiąt baniek, na koncie, w zależności rzecz jasna od potrzeb. Dorosłe życie polega niestety na tym, że mamy obowiązki, zobowiązania, rzeczy które trzeba załatwić, problemy które trzeba rozwiązać, bliskich, za których trzeba wziąć odpowiedzialność i td. Obraz jaki przedstawilaś w poprzednim wpisie mnie dał do zrozumienia, że chciałabyś żyć w swego rodzaju sielance.
Może i tak, ale napewno nie w takim sensie, jak praca stacjonarna. Poza tym nikt mnie nie rozlicza z tego, co jeszcze robię w trakcie czasu pracy, jeśli tylko żetelniewykonam swoje obowiązki. Odnosząc się do tego, co napisałeś o dorosłym życiu i obowiązkach, to uważam, że skoro jako osoba niewidoma nie mam takich samych możliwości, jak widzący, nie muszę również stosować się do wszystkich ogólnie przyjętych norm. W końcu nikt mnie nie pytał o zdanie w kwestji tego, czy chcę żyć bez wzrokuwięc nie czuję się zobowiązana, żeby zgrywać bohaterkę i walczyć z przeciwnościami losu. A tak na marginesie, widzący też pracują zdalnie i jakoś nikt nie robi z tego problemu.
Ja tam koleżankę akurat rozumiem bardzo dobrze. też staram się w życiu robić tak, żeby piętrzących się problemów było jak najmniej. Pracowałem stacjonarnie i to nie dla mnie. Może i nie jestem jakimś mega introwertykiem, ale staram się ograniczać kontakt z ludźmi, z którymi się trzeba użerać. Póki co na plus. Przynajmniej dla mojego poziomu stresu.
Z windą jest jak z babą. Raz w miesiącu każda nieczynna.
Ja bym wolał stacjonarnie niż zdalnie. To nie mój tryb życia np. No i co najważniejsze praca stacjonarna daje nam powód do wyjścia z domu i zmiany otoczenia.
Sygnatura to może być w sądzie. Sygnatura sprawy np. :P
Nie znam twojej sytuacji i nie odnoszę się do twojego życia. Wyłącznie do argumentu, że skoro mam mniejsze szanse to nie muszę. Przecież to nie jest tak, że ktoś ma kaprys i sobie powie, że oo, to będzie wspaniale urodzić niewidome dziecko. To się przeważnie dzieje jakoś samo. Zatem ok, nie twoja wina, ale też nie rodziców przeważnie, zatem czemu niby wisieć na nich?
Postaram się odnieść do ostatnich kilku wpisów. Po pierwsze to, że nie mam potrzeby codziennie wychodzić do ludzi, nie oznacza, że chcę być ciężarem dla rodziny. Wręcz przeciwnie, często myślę o tym, co zrobić, żeby nim nie być. Pisząc o tym, że nie mam potrzeby stosowania się do tych wszystkich tzw. norm, nie miałam na myśli szeroko pojętych obowiązków domowych, a po prostu codzienne chodzenie do pracy i inne tego typu rzeczy. Poza tym nie wydaje mi się, że nie mając pracy byłam, lub będę ciężarem, skoro mam rentę i dokładam się do domowego budżetu. Co do podejmowania wysiłku, to owszem, podejmuję. Za przykład niech posłuży chociażby mój wyjazd na kurs Vis Maior-a, w minione wakacje, który był dla mnie ogromnym wyzwaniem. Pojechałam tam, mimo tego, że bardzo się bałam. Tak samo było z moją pierwszą, samodzielną podróżą pociągiem. Ja po prostu nie chcę robić ze swojego życia ciągłej walki, ani przedstawienia. Nie mam potrzeby, żeby coś komuś udowadniać.