U mnie po prostu żywa niechęć, a także, po części przynajmniej, nie nadążałam za klasą, gdy ktoś inny rozwiązywał jakieś, powiedzmy, równanie, którego nie rozumiałam za żadne skarby świata, ale chciałam spisać, żeby potem spróbować przeanalizować na spokojnie. Po prostu większość tych spisywanych działań miała luki, których nie umiałam wypełnić, więc cała zabawa zdawała się na nic. Ponadto matematyka to już było coś, czego nie pojmowałam sama z siebie, musiałby mi ktoś to przetłumaczyć tak, żebym potrafiła sobie własnymi słowami nazwać i wchłonąć wiedzę, a gdzie kto tam miał czas na takie... Musiałabym pewnie mieć indywidualne zajęcia, żeby to się stało. Dodając do tego wątpliwą jakość lekcji w liceum... Nie sądzę, by akurat w moim wypadku była to kwestia niedostosowania czgokolwiek, raczej przeoczenia i nie nadrobienia na czas kilku etapów w nauce, a w matematyce tego typu niedopatrzenie kładzie się bardzo czarnym cieniem na tym, co dalej się dziać będzie.