najpiękniejszy dzień w moim życiu, to jak po raz pierwszy wziąłem na ręce moją urodzoną kilka godzin wcześniej córeczkę. Nigdy nie zapomnę tej chwili i zapachu jej malutkiej główki.
Zgadzam się z przedmówczynią. Mój najlepszy dzień, to był dzień w którym dowiedziałem się, że jadę z chórem szkoły muzycznej w Laskach do herzbergu. Miałem wrażenie, że unoszę się w powietrzu. To był piękny czas.
U mnie jednymi z lepszych były te, w których mogłam w gimnazjum zostawać w internacie. Szczególnie dobrze wspominam te w maju i czerwcu, gdy wieczór zapadał wyjątkowo późno, żaby ze stawku tak darły parcha, że było słychać aż na żeńskim (po drugiej stronie budynku ośrodka), a popołudniami chodziło sie z grupą na lody albo w samotności po prostu pochodzić po wyludnionych korytarzach.
Ale gdybym miała powiedzieć o najczęśliwszym czasie w moim życiu, tak jak teraz Zuza, to z pewnością będą to letnie noce. Wtedy najczęściej gadałam z ludźmi, na których najbardziej mi w danym czasie zależało, wtedy dostawałam energii jak mały samochodzik, wtedy moje marzenia fruwały najdalej
Tak, też lubię te parę tygodni przed zakończeniem. Wtedy jest takie super uczucie, że można mieć wywalone. Oby najszczęśliwszym dniem tego roku był dzień mojej obrony :P
Trudno mi wskazać dzień czy nawet ledwie kilka dni, które były najlepsze. Na pewno czasy pierwszych lat studenckich to było coś pięknego. I te posiadówy na miasteczku studenckim AGH do wczesnych godzin porannych, a potem odprowadzanie koleżeństwa na pierwszy tramwaj ;) grillowanie, szukanie gdzie by tu w nocy zjeść i ostatecznie kupowanie hotdoga w Żabie... Teraz to zlewa się w przyjemną całość, ale wspomnienia być może oparte są w znacznej mierze o jedentylko dzień.
Zjazdy i obozy projektu Na fali czyli lata gimbazy i wczesnego technikum też były piękne. Trudno z tego wyjąć tylko te dwadzieścia kilka godzin. :)
Zazdroszczę czasów studenckich. Nie mam niestety takich wspomnień. -- (Postukujacy): Trudno mi wskazać dzień czy nawet ledwie kilka dni, które były najlepsze. Na pewno czasy pierwszych lat studenckich to było coś pięknego. I te posiadówy na miasteczku studenckim AGH do wczesnych godzin porannych, a potem odprowadzanie koleżeństwa na pierwszy tramwaj ;) grillowanie, szukanie gdzie by tu w nocy zjeść i ostatecznie kupowanie hotdoga w Żabie... Teraz to zlewa się w przyjemną całość, ale wspomnienia być może oparte są w znacznej mierze o jedentylko dzień.
Zjazdy i obozy projektu Na fali czyli lata gimbazy i wczesnego technikum też były piękne. Trudno z tego wyjąć tylko te dwadzieścia kilka godzin. :)
--
***Jak ja nie cierpię sPAMerfów!
This site uses cookies to enhance your experience.