Mieszkanie z ogólnie pojętą rodziną czyli rodzicami.
Back to Środowisko niewidomych#41 Julitka
@Pates Ale pytanie powstaje, czy wyobrażasz sobie mieszkać z rodzicami przez całe życie?
Kolejne: Czy mieszkasz w internacie?
Jeżeli mieszkasz, to czy widzisz różnicę między mieszkaniem w tych dwóch miejscach?
#42 Zuzler
Nie mogę być jedyna. Owszem, OK, takich ludzi, którzy mają z rodziną pod wieloma względami źle jest mnóstwo, na pewno więcej niż będących w podobnej do mojej sytuacji.
Ale nam się w ogóle rozmyła ta dyskusja. Niesamodzielność to skutek takiej sytuacji, ale co z powodami? Bo powiedzieć, że to źle działa, jeśli się mieszka z rodzicami można, ale zawsze ma to jakieś przyczyny, którymi naprawdę nie muszą być rodzicielskie obawy i strach dziecka.
#43 Zuzler
Julito, ale czy wiedza, że będzie się mieszkać z rodzicami dziś, jutro i za 3 lata oznacza założenie, że tak będzie zawsze? No jeśli tak, to śmiem powiedzieć, że owszem, tacy ludzie mają jakiś problem.
#44 pates
@Julita. Co do mieszkania w internacie, nie. Co do pierwszego pytania to raczej nie. Wiadomo, jeśli by się coś z mamądziało, no to bym przyjechał i zajmował się nią.
#45 grzegorzm
No, to jest dość proste, jesteśmy niewidomymi osobami, od niemowlaka rodzice nas wyręczają nie pokazując nam chociaż by podstawowych czynności, następnie idie się do szkoły, tu jest trochę lepiej, ale nie koniecznie bo raz czy drugi ktoś pokaże jak odkurzyć, sprzątnąć i tak dalej, ale tu z kolei my się buntujemy, bo w sumie po co nam to, nie myślimy będąc w wieku kilku, ewentualnie kilkunastu lat, że kiedyś się przyda, więc nie ćwiczymy konkretnych czynności, mijają lata, szkoła się kończy, po drodze źle dobrani psycholodzy, nauczyciele orientacji, którzy człowieka nie odblokują pod względem przemieszczania się i ogólnego ogarnięcia, przychodzi koniec szkoły i jest decyzja, potrafię sam zamieszkać, mam z kim, albo nie potrafię i nie mam, jak nie mam a i rodzice nadopiekuńczy na dodatek to tylko powrót do domu, gdzie rodzice dalej wyręczają i dalej to wiadomo mija rok za rokiem.
-- (Zuzler):
Nie mogę być jedyna. Owse, OK, takich ludzi, którzy mają z rodziną pod wieloma względami źle jest mnóstwo, na pewno więcej niż będących w podobnej do mojej sytuacji.
Ale nam się w ogóle rozmyła ta dyskusja. Niesamodzielność to skutek takiej sytuacji, ale co z powodami? Bo powiedzieć, że to źle działa, jeśli się mieszka z rodzicami można, ale zawsze ma to jakieś przyczyny, którymi naprawdę nie muszą być rodzicielskie obawy i strach dziecka.
--
#46 Zuzler
OK, no to mamy bazę, od której można wyjść, szukając powodów dalej.
#47 grzegorzm
Ja na przykład po szkole musiałem na uczyć się sam wszystkiego dosłownie, odkurzać, gotować i tak dalej. Na szczęście jakoś tak nie miałem z tym wielkiego problemu, ale znam osoby, które spokojnie sobie radziły mieszkając w internacie, nie były tragiczne jeżeli chodzi o przemieszczanie się, ale po ukończeniu szkoły okazało się, że startują z poziomu jak iść do sklepu i z robić zakupy., gdzie iść to już wielki problem a z robić zakupy to kolejny.
-- (Zuzler):
OK, no to mamy bazę, od której można wyjść, szukając powodów dalej.
--
#48 Zuzler
Ach, umknęło mi coś bardzo ważnego: wszyscy wypowiadający się tutaj za, mieszkają z rodziną, mniej czy bardziej, ale z własnego wyboru, dlatego że im się to opłaca.
#49 Julitka
Dla mnie powodów takiego braku samodzielności w mieszkaniu lub poza nim jest kilka.
Pragnę nadmienić, że ujmuję tu i sytuaję, gdy ktoś mieszka, ale nie jest równorzędnie traktowany, i taką, w której nie wyprowadza się na swoje.
Otóż:
1. Dobra wola rodziców.
Tak tak, dobrze mówię.
Owo poczucie, że "Póki ja żyję, to przecież Ci pomogę, przecież dla mnie to żaden problem, jesteś moim dzieckiem, więc to mój obowiązek i moja przyjemność! Przecież kiedyś przyjdzie taki czas, że zamieszkasz sam, to sobie wtedy poradzisz, jestem tego pewna, ale póki tu jesteś, to w czym problem, skoro pewne rzeczy robisz wolniej, a ja mogę to przyspieszyć?".
2. Poczucie "Nie-uda-ci-się"rodzica
To już jasne.
"Przecież sam gotować nie będziesz, poparzysz się, ja Cię tego nie nauczę, przecież to niemożliwe".
3. Strach, strach, paniczny strach rodzica
"Jezu Miłosierny, jak on sobie poradzi? Lepiej go trzymać przy sobie, niż puszczać w ten świat daleki, bo kto go zrozumie lepiej, niż ja?".
4. "To jeszcze dziecko"
Syndrom znany takoż wśród widzących, ale tym mocniejszy u niewidomych.
Opinie liczą się mniej, bo to jeszcze dziecko.
O samodzielność nie trzeba dbać, bo to jeszcze dziecko.
Prawa głosu za dużego mieć nie powinien, bo to jeszcze dziecko.
5. "Co ten niewidomy może wiedzieć o życiu?"
Tu także wszystko jasne.
6. Przecież widzący z rodzicami mieszkają, więc dlaczego Ty masz inaczej? Przecież to się zdarza...
Postawy niewidomych:
7. "Jest mi tu dobrze, tak bardzo dobrze, tu jest mój ciasny, ale niewłasny dom, który mnie kołysał w niemowlęctwie..."
8. "Mama jutro znowu zrobi śniadanko. Ja umiem smarować kanapki, ale ona umie szybciej. I lepiej też. I sprzątać też nie trzeba. I przyszły rachunki, chwała Bogu, nie do mnie."
9. "Ja się tak strasznie, strasznie boję..."
10. "Przecież rodzice tak bardzo kochają, gdzie mi będzie bezpieczniej?"
11. "Jestem za młody. Nie czuję się gotowy. Jeszcze czas."
12. "Calutka renta mojaaaa! Kieszonkowe wpłynęło, jeeeej!"
13. "A co ja starym pyskować będę, i tak powiedzą, że wiedzą lepiej."
14. "Jutro mama mnie wiezie autem do lekarza. Sam przecież nie umiem. I pewnie będzie ten lekarz mówić do niej, nie do mnie, ale to już taki mój krzyż..."
Zachęcam do poszerzania bazy. :D
#50 Pitef
Moja przygoda z orientacją, zaczęła się tak, że w szkole uczyła mnie jedna pani poruszać się po samym ośrodku, technik laskowych, wchodzenia po schodach i td. W wieku jakichś 15/ 16 lat usilnie nalegałem, abyśmy wyszli na dwór, bo co kolwiek by nie powiedzieć, całe życie za rączkę nie chciałem z nikim chodzić :). Nie było na to czasu. Jak Pani miała, to ja byłem na dodatkowych zajęciach. Jak ja miałem czas, pani nie było, albo miała zajęcia z kimś innym. W wieku 17 lat, poszło niemal na udry. Musiałem samodzielnie dojeżdżać z interku do domu w weekendy, nie zawsze chciałem zaprzęgać do tego kogoś innego, aby mi pomagał. Pani w przeciągu 2 tygodni tj. jakieś 5 wyjść, nauczyła mnie drogi ze szkoły do tramwaju i drogi z tramwaju do autobusu jadącego do mojego Aleksandrowa, zwanego dalej Metropolią Aleksandrowską ;).
Rodzice wiedzieli, że z panią od orientacji się poruszam, ale bali się mnie samego puścić nawet i do sklepu. Dłuuugo chodziłem pod ich okiem, mimo iż drogi znałem jak własne kielnie. Pewnego razu pojechali sobie na wieś do dziadków, a ja zostałem w domu. Stwierdziłem: Jak nie teraz, to nigdy. Wylazłem i łaziłem po znanych mi trasach tak długo, aż rodzice wrócili. Mnie w domu nie było. Wracam z lagą w dłoni, uchachany jak nie wiem, a rodzice przerażeni. Skończyło się na tym, że ojciec stwierdził: Idź. Jak sobie coś zrobisz, coś się stanie, dowód masz mieć przy sobie. Jesteś dorosły, nie chcemy po prostu konsekwencji. Od tamtej pory a minęło jakieś 6 lat, nic się nie stało. Ojciec gdzie może, jak tylko pojawi się stosowny temat mówi o mnie jak najlepiej.
Chodzę mamie po zakupy, łatwię sprawy urzędowe, rozwieszam/ składam pranie, zmywam, od czasu do czasu jakieś kanaperki na śniadanie czy cherbatę wszystkim zrobię, ze śmieciami latam, drzewo rąbałem i łupałem wungiel jak jeszcze nie mieliśmy ogrzewania gazowego, z ojcem naprawiać fury jeździłem, kompy składam, muzę obrabiam, pożądek raczej za dupskiem trzymam, tak więc jest raczej nie wiele tematów, do których mógł bym się u siebie przyczepić.
Tak. Uwarzam się za osobę samodzielną, która w wieku 24 lat właśnie opuszcza ciepłe rodzinne gniazdko.
#51 Zuzler
To jeszcze powody wymienione przeze mnie w trzecim poście. Jeśli już koniecznie musi iść ta dyskusja w tę konkretną stronę, to pominę te normalne, dla których można po prostu dojrzale, świadomie i zdrowo nie chcieć się wynieść jak najprędzej na swoje.
15. to się naprawdę bardziej opłaca, tak po prostu opłaca mieszkać z kimś. No i oni mi o tym przypominają.
16. Aktualnie nie mam swojej własnej rodziny, a dla siebie nie potrzebuję Bóg wie czego. Mogę siedzieć tu, gdzie jestem, bo kolegów mogę zaprosić, praca zdalna albo w mojej miejscowości, a jak nie mam pracy, to i lepiej, bo nawet nie ma za co się utrzymać. Jeść mam, pić mam... Z rodziną się nie kłócę, a jeśli wchodzą mi na głowę, no to cóż, przecież nie ucieknę tylko dlatego, że trochę za wiele za mnie robią albo nie pozwalają puszczać głośnej muzyki po 22 i gadać po nocach. Dziewczyny nie mam, ale jak będę miał, no to wtedy będzie trzeba się ogarnąć i wziąć swoje losy we własne ręce. Ooo, wtedy to świat zawojujemy. Ale to później. A teraz to w sumie trochę jestem jak ta żaba, która nie zauważa, że woda, w której pływa jest coraz gorętsza i za chwilę się ugotuje.
Zauważcie, nawiasem mówiąc, że punkt widzenia w tym punkcie jest albo całkiem rozsądny, jesli takich argumentów użyje osoba rozsądna dojrzała i znająca swoje granice, a inny, gdy będzie to człowiek, w gruncie rzeczy sam nie potrafiący się wziąć w garść i bojący/nie chcący niczego tak naprawdę zmieniać ze strachu czy niepewności.
17. Jak się wyniosę od rodziców, to jeszcze, nie daj Boże, będę musiał się uspołecznić, zacząć pytać ludzi na ulicy o drogę, prosić sprzedawców o pomoc, zaprzyjaźnić się z jakimś sąsiadem... I to wszystko w sumie na siłę!
18. No tak, ale jak się wyniosę z tą moją rentą i najniższą krajową, to rodzice będą w czarnej dudzie. Ja się im dobitnie dokładam do budżetu, w końcu jestem ich dzieckiem i tak samo korzystam z tego mieszkania. A tu kredyt trzeba spłacać, zwłaszcza że obiecali, że po ich śmierci/za 10 lat mieszkanie przejdzie na mnie, jeśli się dołożę.
I to znów argument, który zależnie od toksyczności rodziny bądź jej braku, może być sensowny i mądry, a może być kompletnym złem, gdy np. jest przykrywką dla nadopiekuńczości albo próby oszustwa cz wyłudzania od niewidomego kasy.
#52 Zuzler
Znaczy... Można. Oto przykład nr 2 w takim razie.
#53 tomecki
zostałem wywołany do tablicy, chociaż teoretycznie wszystko w temacie zostało powiedziane. Inna rzecz, że większość postów sugeruje niejako, że takie mieszkanie z rodziną często wynika z głupoty czy innej krótkowzroczności naszej lub rodziców i tu może nie to, że stanę po drugiej stronie, ale przy najmniej troszkę obronię tych, którzy mimo wszystko nadal z rodziną mieszkają chociaż samemu dość wcześnie się wyprowadziłem. Co prawda do babci, ale autonomię miałem sporą.
Na początek parę pytań. Jeśli macie widzące rodzeństwo, przypomnijcie sobie w jakim wieku wy zaczęliście robić sobie śniadania, a w jakim owo rodzeństwo?
Kiedy wy dostaliście klucze od domu i czy był to ten sam mniej więcej wiek co u rodzeństwa?
Jeśli chodziliście do masówki to czy podobną ilość czasu spędzaliście po za domem np. z kumplami?
Wydaje mi się, że większość niewidomych na te pytania odpowie przecząco i to jest chyba cały problem. Trudno jest natychmiast przejść z roli w gruncie rzeczy dziecka do dorosłości. W przypadku sporej części widzących ten proces zajmuje ileś czasu. Najpierw zaczyna chodzić sam na plac zabaw, potem do szkoły, potem z koleżeństwem gdzieś tam, potem jakieś mniejsze wycieczki z nocowaniem po drodze i w końcu mieszkanie na swoim. W naszym przypadku najczęściej tych wszystkich etapów pośrednich albo nie ma w ogóle albo jeśli są to jakoś ograniczone.
W ośrodkach też nie jest pod tym względem zbyt dobrze, bo wychowawcom przede wszystkim zależy na tym aby się młodzież nie pozabijała, a wszelkie samodzielne wyjazdy to jednak ryzyko, a w razie czego odpowiedzialność spada na nich. Po za tym oni często niekoniecznie czują się odpowiedzialni za to co będą wychowankowie robili po wyjściu na świat. Ich zadaniem jest aby do tego wyjścia doprowadzić w stanie w miarę możliwości bezurazowym i tyle ich roboty. Jasne, jakaś nauka przygotowywania posiłków, sprzątania, ogarniania ubrań jasne, że jest, bo to względnie bezpieczne no i pod nadzorem. Czym innym jest jednak takie coś, a czym innym chociażby pomysł kumpla brata na dwudniową wycieczkę do lasu na wariata, po której wzmiankowany brat dostał sraczki jak siemasz, bo nie wziął pod uwagę, że jednak picie wody bezpośrednio ze strumienia niekoniecznie jest najlepszym pomysłem świata. Niby co tam sraczka, ale to dobitnie pokazuje, że w razie czego jeśli się dobrze nie przygotujesz do dowolnego działania, efekty mogą być różne od oczekiwanych. Im więcej sytuacji, w których należy sobie jakoś poradzić tym większe później przygotowanie do ewentualnych niespodzianek, a co ważniejsze tym większa pewność,, że jeśli nie będzie to jakiś kosmiczny kataklizm to jakoś da się radę. Gdzie niby większość z nas miała tego doświadczenia nabrać? W internacie, gdzie wszystko było od początku do końca zorganizowane, dogadane, a my stawaliśmy przed wyborem: jechać na konkurs piosenki czy może pobyczyć się trochę.
#54 Monia01
Nie wiem czy Cie to pocieszy, ale zwykle jest tak, że jak się wyprowadzasz, już gdziekolwiek, to nie czujesz się dojrzały i w pełni odpowiedzialny. A jeśli się czujesz, to do pierwszych zakupów, w czasie których orientujesz się, że cholera, nie wiesz, jakie masło zwykle kupowaliście, bo przecież masło to masło, nikt Ci nie powiedział jakie konkretnie. Albo... no nie wiem, ugotować masz coś. Albo posprzątać, a potem, z dobrej woli, ktoś tylko troszkę poprawi... I wszystko taaakie drogie. :D
-- (pates):
Ja powiem tak. Szkołę kończę za 2 lata, do osiemnastki ledwo miesiąc z kawałkiem został. Jak narazie poprostu nie czujęsię na tyle odważny, czy poprostu dojżały, żeby prowadzić cały dom. Wiadomo, że za kilka lat sytuacja się za pewne zmieni, niemniej jednak na dzień dzisiejszy raczej nie. No i jeśli będę chciał mieć własny a będę, no to jeszcze zostaje kwestia znalezienia dobrej pracy, lokum za dobrą cenę, etc.
--
🇺🇦 🇵🇱
#55 pates
Niee, tutaj sprawa wygląda szczęśliwie inaczej. Wiem jakie masło i inne produkty kupujemy, chociaż z zasady masła nie używam. Gotować prubuję już coś. Mama raczej do tego podchodzi takśrednio, no ale ja chcę i koniec, jestem uparciuch.
#56 monstricek
Wydaje mi się, że mam wyjątkową sytuację. Żyję jednocześnie i z rodzicami i bez rodziców. Chodzi o to, że w Moskwie mieszkam w domu rodziców, a w Nowosybirsku mam własne mieszkanie. życie ułożyło się tak, że mam pracę w obu tych miastach i nie chcę z niej rezygnować. Mam wspaniałe relacje z moimi rodzicami. To nie stało się tak po prostu, to była długa i bolesna praca dla nas wszystkich, ale cieszę się, że udało nam się przez to przejść i nie straciliśmy siebie nawzajem.
Groźnie nie było, ale kolorowo nie było też. Kiedy dorastałem, próbowano mnie ograniczać, próbowano bronić od świata i pomagać we wszystkim, nawed w tym, co umiałem, ale stwierdziłem, że tak nie powinno być i walczyłem. Na początku też traktowali mnie jak иbiednego niewidomego, ale potem, gdy zobaczyli, że z roku na rok nie poddaje się, staram się być coraz bardziej samodzielny, dużo się uczę, próbuję pokazać, jaki jestem naprawdę, uwierzyli we mnie. Na początku, kiedy skończyłem szkołę i poszłem na studia, przeniosłem się od nich do akademika i tam zaczęłem mieszkać. To właśnie w ciągu sześciu lat, kiedy tam mieszkałem, moi rodzice nauczyli się postrzegać mnie jako normalną osobę, szanować i ufać mi.
Obecnie sytuacja wygląda następująco: mieszkam z rodzicami, ale nie jestem w żaden sposób ograniczany. Mam własny pokój, mogę wracać do domu, kiedy tylko chcę, nikt nie próbuje mi w żaden sposób narzucić swojego zdania i nie każe, co mam robić. Mam takie same obowiązki domowe jak oni, np., często gotuję, kupuję jedzenie i inne rzeczy, piorę, sprzątam, płacę za światło, wodę i t.p.. W naszej rodzinie wszystko odbywa się zgodnie z zasadą, że każdy stara się robić to, co jest potrzebne w danej chwili. Jeśli wracam z pracy i nie mam nic w lodówce, zamawiam dostawę lub idę na zakupy, a potem gotuję obiad. Jeśli moja matka lub ojciec przychodzą przede mną, to oni to robią. Jeśli widzę w skrzynce pocztowej rachunek za wodę lub światło, od razu go płacę. Jeśli któryś z nich to zauważy, to płaci jóż on. Tak samo jest ze wszystkim. Jeśli chcę zaprosić przyjaciół, nikt nie ma nic przeciwko temu. Mogą zatrzymać się u mnie, przenocować itd. Nikt nigdy nie przyjdzie do mojego pokoju i nie sprawdzi, co robimy. Moi rodzice nie grzebią w moich rzeczach ani nie zadają głupich pytań w stylu "gdzie byłeś", "kim jest ta dziewczyna", "dla czego wróciłeś tak późno?", bo wiedzą, że powiem im sam, jeśli będę chciał. Po prostu żyjemy razem i jesteśmy przyjaciółmi. Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Moi rodzice po prostu nauczyli się mi ufać, nauczyli się żyć z tym, że jestem niewidomy, ale mogę mieć życie prywatne, obowiązki i tak dalej.
Nie mam jeszcze pieniędzy na kupno mieszkania w Moskwie, nie planuję się żenić, więc mieszkam z rodzicami. Niewykluczone, że w przyszłości kupię mieszkanie w Moskwie lub ostatecznie przeniosę się do Nowosybirska, i jestem pewien, że moi rodzice poprą mój wybór.
W Nowosybirsku mieszkam zupełnie sam, sam kupiłem i umeblowałęm swoje mieszkanie, choć rodzina oferowała mi pomoc. Teraz mieszkam puł roku tam, a pół roku w Moskwie i dobrze mi z tym. Jeśli wyjeżdżam do Nowosibirska, poprostu dzwonię do rodziców raz w tygodniu, ale żadne z nich nie próbuje mnie kontrolować. Kocham i szanuję moich rodziców tak samo, jak oni kochają i szanują mnie.
#57 adelcia
a ja powiem tak.
żeby akokolwiek móc mieszkac poza rodzicami, chocias w mieszkaniu wynajętym, to potzrebuje do życia około 600 700 a najlepiej 800 euro. a ile mam? ninecałe 400
także zaliczam się do tych co nie wydza wyjśćia.
no bo musiała bym do pracy, a żeby czerpać radość z tych ieniędzi to musiała bym robić coś, co by mnie zadowalało.
i taka praca nie istnnieje, albo inaczej takiej nie ma.
bo to co ja bym chętnie robiłam, dziś robia różne maszyny, no bo tak, bo maszyna zrobi tego więcej i szybciej niś człowiek.
także to tyle odemie.
#58 misiek
W życiu bywa różnie.Ja byłem już na swoim w różnych miejscach. Kilka lat temu wróciłem do rodzinnego domu, bo poniekąd życie mnie do tego zmusiło, a poniekąd chodziło o kasę, której gdybym teraz był na swoim może starczyło by mi ledwie na opłaty, a tak przy okazji pomogę mojej mamie, która gdyby w tym momencie sama mieszkała to jej emerytura wynosi raptem coś ponad 500 zł. No jeśli ktoś z takiej sumy miessięcznej się utrzyma to szacun. A nawet na własne przyjemności styknie. Po za tym do nas postanowił się wprowadzić mój starszy i całkowicie pełnosprawny brat, więc ze mną chyba nie jest jeszcze tak źle :D
#59 Julitka
Ale jednak je opuszczasz. :)
Tym niemniej bardzo się cieszę, że tak się wybiłeś.
-- (Pitef):
Moja przygoda z orientacją, zaczęła się tak, że w szkole uczyła mnie jedna pani poruszać się po samym ośrodku, technik laskowych, wchodzenia po schodach i td. W wieku jakichś 15/ 16 lat usilnie nalegałem, abyśmy wyszli na dwór, bo co kolwiek by nie powiedzieć, całe życie za rączkę nie chciałem z nikim chodzić :). Nie było na to czasu. Jak Pani miała, to ja byłem na dodatkowych zajęciach. Jak ja miałem czas, pani nie było, albo miała zajęcia z kimś innym. W wieku 17 lat, poszło niemal na udry. Musiałem samodzielnie dojeżdżać z interku do domu w weekendy, nie zawsze chciałem zaprzęgać do tego kogoś innego, aby mi pomagał. Pani w przeciągu 2 tygodni tj. jakieś 5 wyjść, nauczyła mnie drogi ze szkoły do tramwaju i drogi z tramwaju do autobusu jadącego do mojego Aleksandrowa, zwanego dalej Metropolią Aleksandrowską ;).
Rodzice wiedzieli, że z panią od orientacji się poruszam, ale bali się mnie samego puścić nawet i do sklepu. Dłuuugo chodziłem pod ich okiem, mimo iż drogi znałem jak własne kielnie. Pewnego razu pojechali sobie na wieś do dziadków, a ja zostałem w domu. Stwierdziłem: Jak nie teraz, to nigdy. Wylazłem i łaziłem po znanych mi trasach tak długo, aż rodzice wrócili. Mnie w domu nie było. Wracam z lagą w dłoni, uchachany jak nie wiem, a rodzice przerażeni. Skończyło się na tym, że ojciec stwierdził: Idź. Jak sobie coś zrobisz, coś się stanie, dowód masz mieć przy sobie. Jesteś dorosły, nie chcemy po prostu konsekwencji. Od tamtej pory a minęło jakieś 6 lat, nic się nie stało. Ojciec gdzie może, jak tylko pojawi się stosowny temat mówi o mnie jak najlepiej.
Chodzę mamie po zakupy, łatwię sprawy urzędowe, rozwieszam/ składam pranie, zmywam, od czasu do czasu jakieś kanaperki na śniadanie czy cherbatę wszystkim zrobię, ze śmieciami latam, drzewo rąbałem i łupałem wungiel jak jeszcze nie mieliśmy ogrzewania gazowego, z ojcem naprawiać fury jeździłem, kompy składam, muzę obrabiam, pożądek raczej za dupskiem trzymam, tak więc jest raczej nie wiele tematów, do których mógł bym się u siebie przyczepić.
Tak. Uwarzam się za osobę samodzielną, która w wieku 24 lat właśnie opuszcza ciepłe rodzinne gniazdko.
--
#60 Julitka
Ooo, dobre! :)
A co do odejścia od tematu, że brak wyjścia na swoje może być mądry - może, ale dotyczy to tak widzących, jak niewidomych. Tak ogólnie. A że ja uważam, że w przypadku niewidomych to się nie sprawdza - cóż, taka moja opinia z obserwacji poczyniona.
-- (Zuzler):
To jeszcze powody wymienione przeze mnie w trzecim poście. Jeśli już koniecznie musi iść ta dyskusja w tę konkretną stronę, to pominę te normalne, dla których można po prostu dojrzale, świadomie i zdrowo nie chcieć się wynieść jak najprędzej na swoje.
15. to się naprawdę bardziej opłaca, tak po prostu opłaca mieszkać z kimś. No i oni mi o tym przypominają.
16. Aktualnie nie mam swojej własnej rodziny, a dla siebie nie potrzebuję Bóg wie czego. Mogę siedzieć tu, gdzie jestem, bo kolegów mogę zaprosić, praca zdalna albo w mojej miejscowości, a jak nie mam pracy, to i lepiej, bo nawet nie ma za co się utrzymać. Jeść mam, pić mam... Z rodziną się nie kłócę, a jeśli wchodzą mi na głowę, no to cóż, przecież nie ucieknę tylko dlatego, że trochę za wiele za mnie robią albo nie pozwalają puszczać głośnej muzyki po 22 i gadać po nocach. Dziewczyny nie mam, ale jak będę miał, no to wtedy będzie trzeba się ogarnąć i wziąć swoje losy we własne ręce. Ooo, wtedy to świat zawojujemy. Ale to później. A teraz to w sumie trochę jestem jak ta żaba, która nie zauważa, że woda, w której pływa jest coraz gorętsza i za chwilę się ugotuje.
Zauważcie, nawiasem mówiąc, że punkt widzenia w tym punkcie jest albo całkiem rozsądny, jesli takich argumentów użyje osoba rozsądna dojrzała i znająca swoje granice, a inny, gdy będzie to człowiek, w gruncie rzeczy sam nie potrafiący się wziąć w garść i bojący/nie chcący niczego tak naprawdę zmieniać ze strachu czy niepewności.
17. Jak się wyniosę od rodziców, to jeszcze, nie daj Boże, będę musiał się uspołecznić, zacząć pytać ludzi na ulicy o drogę, prosić sprzedawców o pomoc, zaprzyjaźnić się z jakimś sąsiadem... I to wszystko w sumie na siłę!
18. No tak, ale jak się wyniosę z tą moją rentą i najniższą krajową, to rodzice będą w czarnej dudzie. Ja się im dobitnie dokładam do budżetu, w końcu jestem ich dzieckiem i tak samo korzystam z tego mieszkania. A tu kredyt trzeba spłacać, zwłaszcza że obiecali, że po ich śmierci/za 10 lat mieszkanie przejdzie na mnie, jeśli się dołożę.
I to znów argument, który zależnie od toksyczności rodziny bądź jej braku, może być sensowny i mądry, a może być kompletnym złem, gdy np. jest przykrywką dla nadopiekuńczości albo próby oszustwa cz wyłudzania od niewidomego kasy.
--