Poruszmy tu temat, który może stanowić dylemat. Na ile, waszym zdaniem, nauczyciel powinien ingerować w relacje po między niepełnosprawnm uczniem, a jego pełnosprawnymi kolegami? Jak to u was wyglądało i co byście radzili?
Dziękuję użytkownikom portalu Elten Link za możliwość obserwowania środowiska niewidomych. Stanowiło to dla mnie etap wstępny do pracy z niewidomymi na żywo.
Hm. Zależy według mnie, na jakim etapie. Jeśli jest to podstawówka, powinna być według mnie przeprowadzona lekcja wychowawcza na ten temat. Na takiej lekcji powinno być poruszone pitu pitu w pigułce, czyli że tam powinniśmy sobie pomagać itp., bo nigdy nie wiadomo, co nas spotka, jak zobaczymy czarnego kotka :D. Następnie sama ta osoba powinna zaprezentować metody na swoje funkcjonowanie. W związku z tym, jaką wadę ma, może weszłyby w grę jakieś zabawy, np. w przypadku osoby niewidomej, napisanie zdania na klawiaturze bez patrzenia, nalanie wody z butelki do szklanki na słuch itp. Myślę, że gdyby pitu pitu nie było zbyt długie, to w 45 minut dałoby się to wszystko zrobić. W liceum/technikum myślę, że przedstawinie się wszystkich i wymiana zainteresowań załatwią sprawę, bo jeżeli dana osoba niepełnosprawna będzie miała jakieś zainteresowania, które są wspólne dla jakiejś osoby/paczki, to się zintegruje. Tym bardziej jeśli powie, że jest otwarta na wszelkie nowe hobby itp. Na studiach? Hmm. Ciekawe pytanie. No bo niby ludzie są już dorośli i nie można ich wychowywać, ale jak wyraźnie widzimy, że te relacje nie są takie, jak należałoby, żeby były, to co powiedzieć/zrobić? Hm, może dyskretnie próbować manipulować podziałem ludzi na grupy i wstawiać niepełnosprawnego we wszelkie konfiguracje osobowe i sprawdzić, w której te relacje njbardziej przybliżają normalną i może akurat się zaprzyjaźnią? No tutaj akurat jest newralgicznie, więc chyba rzeczywiście tylko taka metoda przychodzi mi do głowy.
Moja wychowawczyni w liceum masowym postanowiła porozmawiać z klasą na temat mojego udziału w rekolekcjach, tzn.zapytała uczniów, kto wykaże się odpowiedzialnością i odważy się mnie prowadzić (oczywiście nie musiała być to tylko jedna osoba). Dowiedziałam się o tym od koleżanki, bo na czas ustaleń zostałam wysłana do szkolnego psychologa. Oczywiście nie podaję tego przykładu jako chlubny.
Mulko. Pełna zgoda. Ja w gimnazjum miałem to szczęście, że przyszedłem do szkoły 4 dni po 1 września, więc wychowawczyni miała czas, żeby w naturalny sposób wprowadzić klasę w temat. Potem, jak ktoś chciał, to pytał mnie o różne aspekty funkcjonowania.
Podstawówka to trudny temat, a że pewnie już nie wszystko pamiętam, nie skomentuję. Ale liceum... W liceum nigdy nie próbowano w żaden sposób nas integrować. Powiem więcej, na rozpoczęciu roku szkolnego na temat mojego braku wzroku... wiecie ile padło słów z ust nauczyciela? Zero. Tylko że to była dobra strategia, bo wcale nie było takiej potrzeby. Nie, nigdy nie byłem najbardziej, że tak powiem, zintegrowaną osobą w klasie. Mało kto mnie zaprosił na osiemnastkę czy coś. Ale i tak było z tym sto razy lepiej niż w gimnazjum, a wnosząc z ilości różnych wypadów po lekcjach oceniam przez pryzmat czasu, że z moją integracją z resztą klasy, zwłaszcza jak na możliwości, było wybitnie dobrze.
#StandWithUkraine
Shoot for the Moon. Even if you miss, you'll land among the stars.
This site uses cookies to enhance your experience.